Felietony
RZECZ O TYM JAK UTOPIĆ ZIMĘ W RZECE
Święta polskie cz. III
Wiosna w tym roku jakoś się do nas nie spieszyła i jakaś strachliwa była do tego. Wpadła na chwilę pod koniec lutego, a potem mróz ze śniegiem wygonili ją na południe. I dopiero dwa ostatnie słoneczne dni dały jej szansę na wielki „comeback"
Może trzeba by tą wiosnę jakoś w tym roku ośmielić i ostatecznie przegnać zimę, sięgając do metod niekonwencjonalnych, mam tu na myśli pogańskie praktyki - wszak tonący nawet brzytwy w potrzebie się złapie- zwłaszcza że zima w tym roku dała nam w kość. 21 marca to początek kalendarzowej wiosny, a jej ani widu ani słychu.
Obrzędy wiosenne zawsze miały szczególną role w ludowej tradycji. Celebrowane bardzo uroczyście miały zapewnić urodzaj, płodność i rozbudzić życie po okresie zimowego niebytu (zimowej śmierci). Jednym z najpopularniejszych obrzędów było topienie Marzanny czy też Moreny, Marzaniki, (od słów, mara, zmora), śmiercichy śmierci. Rytuał ten miał przyspieszyć przybycie wiosny i definitywnie- bo na cały rok pomóc w rozstaniu się ze znienawidzoną zimą
Dawniej marzannę wykonaną ze słomy, grochowin lub konopi, topiono w rzekach, stawach, jeziorach lub palono za wsią. Przy pozbywaniu się (zimy) Marzanny obowiązywało kilka złotych zasad. Otóż najpierw kukłę obnoszono po wsi po wszystkich domach, aby zebrać wszystkie smutki. Potem koniecznie już za wsią, podpalano i topiono. Samo topienie odbywało się w rzece, stawie, jeziorze lub jakimś innym większym skupieniu wody - nie mogło natomiast odbywać się w górskim potoku ani w rzece, która była ujęciem wody dla wsi - oznaczało to zarazę.
Marzanny - nie można było dotknąć pod groźbą kalectwa, a po wrzuceniu kukły do wody należało jak najszybciej oddalić się- nie oglądając się za siebie. Czyn taki zwiastował chorobę, zaś najbardziej niebezpieczne było potknięcie lub przewrócenie się, to bowiem oznaczało niechybnie śmierć, i to w ciągu najbliższego roku. Po odprawieniu wszystkich rytuałów do domu należało wrócić inną drogą niż ta, którą się przyszło. Czyn taki zwiastował nawrót zimy, gdyż wiedziała ona wtedy którędy wrócić.
Rytuał topienia Marzanny jak wiele innych współcześnie obchodzonych świąt ma tradycje pogańskie. W każdej pogańskiej religii rytuały Równonocy Wiosennej spełniały kluczową rolę dla powodzenia i szczęścia w nadchodzącym roku:
- -w tradycji słowiańskiej dzień ten nazywany był „jare gody". Jest to czas przeznaczony na płodność, rozwój fauny i flory na ziemi. Tradycyjnie Łączony z Jajkiem starym pogańskim symbolem nowego życia to wtedy topiono Marzannę i malowano pisanki aby zapewnić sobie dobrobyt i pomyślność na cały nadchodzący rok.
- w tradycji celtyckiej święto to nazywano „Ostarą- od imienia bogini" lub „Świętem" Drzewa, Alban Eilir. Tej nocy bóg słońca zwany Lugh, lub Belenos zapładniał Matkę Ziemię przynosząc nowe życie.
Więc może i my pokłońmy się tego roku przed tą wielowiekową tradycją i utopmy tę słomiana kukłę w Warcie- tym bardziej że wiosna tego roku jakaś taka nierychliwa jest.
Magda Zin (zima)
DZIEŃ św.PATRYKA
ŚWIĘTA POLSKIE cz. II
O tym że Polacy lubią świętować i niekoniecznie tyczy się to świąt polskich wspominałam w felietonie dotyczącym walentynek i oto pojawia się kolejna okazja, żeby znowu podchwycić ten temat
Pasterz wśród piratów. Rzecz o święcie w kolorze
soczystej zieleni.
Niedługo 17 marca, dla wtajemniczonych jest to dzień, w którym bez zielonych ciuchów nie ma co wychodzić z domu. W knajpach leje się piwo w kolorze zielonym, a wszędzie można zobaczyć liście koniczyny. Skoczne melodie i tańce od których, aż kręci się w głowie, rozbrzmiewają do rana, a kolana narażone są na wszelakie kontuzje. Sama pamiętam jak kiedyś wyskoczyła mi rzepka w kolanie po jednym z takich szalonych pląsów. Dwa tygodnie miałam wycięte z życiorysu. No to teraz już wiadomo- dziś na tapecie dzień świętego Patryka.
Prawdopodobnie jest to jedyne irlandzkie święto narodowe obchodzone poza krajem pochodzenia. Jest to oczywiste, gdyż Irlandczycy już od co najmniej dwóch wieków mieszkają niemal w każdym zakątku globu. Szczególna atencją darzą to święto (poza Irlandczykami na zielonej wyspie), rzecz jasna Amerykanie. W święto patrona Irlandii odbywają się parady, największa w Nowym Jorku. Zielone ubrania, i zielone piwo to obowiązkowy punkt programu również tam- o czym pisałam wyżej. W ten dzień obowiązuje hasło: "Wszyscy chcą być Irlandczykami" (Everyone wants to be Irish on St. Patrick's Day) Tego dnia w Irlandii nawet rzeki farbuje się na zielono. Prawie wszystkie firmy, za wyjątkiem restauracji i pubów mają wolne 17 marca. Dla bardzo religijnych Irlandczyków początkiem obchodu tego święta jest msza w intencji misjonarzy całego świata. Oczywiście dla większości z amatorów hucznego świętowania, ten dzień ma charakter wybitnie zabawowy. W Polsce w ten dzień obowiązkowe są spotkania w pubach przy irlandzkiej muzyce i irlandzkim piwie. Niektóre puby, które nie serwują piwa irlandzkiego, wprowadziły w ten dzień piwo barwione zielonym barwnikiem.
Kim był św. Patryk i co wspólnego z 17 marca ma zielona koniczyna?
Według podań, w początku V w. na zachodnim wybrzeżu Francji żył sobie w wiosce chłopiec. Wiódł spokojne życie wśród owiec i starych ksiąg. Jego ojciec był księdzem; i pewnie żył by sobie tak dalej, gdyby nie piraci, którzy porwali go na swój statek i wywieźli na wyspy Irlandii gdzie sprzedali go w niewolę, oczywiście udało mu się po 6 latach zbiec i powrócić do Brytanii. Wkrótce wyruszył w swoją powtórną podróż do Irlandii tym razem jego celem była co nietrudno zgadnąć, ewangelizacja i wykorzenienie praktyk pogańskich szczególnie druidów.
Koniczyna była symbolem, triady celtyckich bogów. Święty Patryk głosząc pod gołym niebem doktrynę o św. Trójcy, właśnie pod postacią tego pogańskiego symbolu przedstawił jej istnienie. Argumentacja pomogła- i to przez właśnie ten epizod koniczyna stała się symbolem Irlandii. Św Patryk wypędził też podobno węże z całej zielonej wyspy, używając do tego jedynie swojej laski, oczywiście węże stały się symbolem wszelkiego zła, które przez ten akt zostało wykorzenione z zielonej wyspy. Tyle że węży w Irlandii nigdy nie było, ale kto by się z TRADYCJĄ kłócił !!!. Schrystianizował większość Irlandii stale podróżując. Nawrócił niemal wszystkich lokalnych władców. Według legend przywracał wzrok ślepcom, ożywiał zmarłych. Pod koniec życia dokonał chrztu kraju, dzięki Niemu Irlandia pojawiła się na mapie chrześcijańskiego świata
Zmarł 17 marca i stąd wzięły się obchody tego dnia, które dziś jest narodowym świętem Irlandii.
Magda Zin
(zima)
I M P R E S J E Z N A D B O Ż E G O S T O K U / 1 /
Boży Stok to mała rzeczka która wraz z Sarnim Stokiem przepływa przez Koziegłowy. Swój początek bierze w okolicach Cynkowa, wpada natomiast do Zalewu Porajskiego. Dzisiaj to prawie zapomniany potok. W dzieciństwie wydawał się wielką rzeką, której wody płyną gdzieś w odległe krainy. Stąd się wywodzę, chociaż mieszkam dzisiaj z dala już od tego miejsca. Wracam tu jednak wyjątkowo często. Może w pewnym wieku sentyment odradza się ze zdwojoną siłą. Dzisiaj też spoglądam na to miejsce z pewnego oddalenia. Tutejsze sprawy i problemy w pewien sposób filtruje zarówno odległość jak i czas. Może to i dobrze... Czytam ostatnio o budżecie i tegorocznych planach władz gminy Koziegłowy. Zaskoczyła mnie - przyznam się szczerze - informacja o planowanej odbudowie pałacu biskupiego. Ten rok będzie wprawdzie rokiem dokumentacji, niemniej jednak cel postawiono sobie ambitny. Z drugiej strony w latach bodajże sześćdziesiątych tak łatwo zburzono ten obiekt. Mieściło się w nim wtedy miejscowe liceum a częściowo i szkoła podstawowa, wówczas jeszcze 7-letnia. Z tego okresu zapamiętałem m.in. dawną salę balową zamienioną na salę gimnastyczną. I wtedy też ówczesne władze zasłaniając się złym stanem technicznym szybko zburzyły obiekt. Może przemawiały też względy ideologiczne, wszak był to kiedyś pałac biskupi. Nie pomogły zresztą tłumaczenia, ze to zabytek i kawał historii tego miasteczka. Dzisiaj pozostały tylko fundamenty i tamte wspomnienia. Cel odbudowy jest bez wątpienia ambitny i godny pochwały, chociaż obawiam się czy w dobie szalejącego jednak kryzysu uda się zadanie zrealizować. W każdym razie trzymam mocno kciuki za ową odbudowę. A raczej za przywracanie mieszkańcom owej historycznej tożsamości. Odbudowa będzie zapewne kosztowna a i droga do tego celu wyjątkowo daleka. Proponuję jednak wcześniej uratować obiekt, który jeszcze istnieje. Jeden z piękniejszych budynków jakie się tu jeszcze zachowały. Mówię o budynku usytuowanym we wschodniej pierzei rynku, wykonanym z kamienia który był tu kiedyś powszechnym budulcem. Budynek przed którym zawsze w dzień Bożego Ciała stawiało się ołtarz, odkąd tylko pamiętam. Dzisiaj to prawie ruina, chociaż jeszcze się trzyma. Ale też jej dni są już policzone. Dom stanowi wprawdzie własność prywatną, ale spadkobiercy jakby o nim dawno zapomnieli. Zaniedbanie psuje w sumie wizerunek samego rynku, który niebawem ma być przebudowany. Może więc póki co, warto uratować i ten obiekt. Wykupienie obiektu nie będzie zapewne aż takim problemem dla władz miasta. Można przecież porozumieć się ze spadkobiercami. Tu ludzie są raczej zgodni. Wymagany jest remont kapitalny, na pewno nie aż tak kosztowny jak planowany pałac. W zamian rynek i samo miasteczko odzyska istną perełkę z oryginalną kamienną elewacją. Już widzę oczami wyobraźni mieszczącą się tu np. galerię malarstwa miejscowego artysty, dzisiaj zlokalizowaną przy ul. Wojsławickiej. Wprawdzie galeria ma się dobrze w obiekcie zbudowanym przez artystę, ale to i nie po drodze i daleko od centrum. Jestem pewien, że lokalizując ją w rynku miasto zyska kolejną atrakcję i kolejny promocyjny plus. Ale czy to ktoś dzisiaj dostrzega... Można też tu urządzić stylową kawiarenkę z prawdziwego zdarzenia, gdzie można wpaść „po kościele" jak się tu mawia. Gdzie podadzą dobre ciastka i aromatyczną kawę. Ale się rozmarzyłem... A póki co, ratujmy to co nam jeszcze pozostało. W ten sposób ratujemy też pośrednio ową tak magiczną małomiasteczkową atmosferę. Ów małomiasteczkowy genius loci...
JANUSZ PUSZCZEWICZ
I M P R E S J E Z N A D B O Ż E G O S T O K U / 2 /
Tym razem odwiedzam galerię i pracownię artysty Tadeusza Puszczewicza - mieszczącą się w Koziegłowach przy ul. Wojsławickiej. Warto tu wstąpić i zobaczyć niemały dorobek tego artysty.
Ponad 400 prac, głównie obrazy przedstawiające zabytkowe obiekty sakralne, ale nie tylko. Dominuje również tematyka jurajska ze swoimi warowniami i krajobrazami. Szczególną pozycję tworzą obrazy dawnej architektury drewnianej, w tym tak urokliwe kościółki. Obecnie pracuje z kolei nad cyklem ukazującym zrujnowane na ogół kościoły na dawnych Kresach. Prace wielokrotnie prezentowane były na wystawach i twórczych przeglądach.
Najbardziej fascynują mnie jednak obrazy prezentujące urok i zabytki tego miasteczka. A jest ich tu wyjątkowo wiele. Na podstawie własnych dociekań i konsultacji z muzealnikami artysta odtworzył m.in. wygląd koziegłowskiego zamku.
Dzisiaj z dawnego zamku pozostało już tylko wzgórze na tzw.hektarach z obrysami dawnej fosy czy wałów. Wprawne oko wypatrzy niekiedy wśród wysokiej trawy i krzaków resztki fundamentów. Kiedyś prowadzono tu prace wykopaliskowe a znaleziska trafiły do regionalnego muzeum. Zresztą historia grodu związana jest szczególnie z tym zamkiem. Jeszcze za panowania Kazimierza Sprawiedliwego / 1138 - 94/ Mikołaj herbu Lis buduje na bagnach zwanych Żabim Krukiem pierwszą warownię. W trakcie najazdu tatarskiego / 1241 / obiekt jak i sam gród został zdobyty i częściowo spalony. W XIV wieku zamek zostaje odbudowany za sprawą możnego Krystyna z rodu Lisów. Podobno zamek zaszczycił swoją obecnością w 1426 roku sam Władysław Jagiełło. Swoje piętno niestety rujnujące odcisnął jednak potop szwedzki czy późniejszy przemarsz licznych wojsk. Z resztek warowni w XIX wieku zbudowano dzisiejszą drogę do Gniazdowa i dalej do Woźnik Śl. A szkoda, bowiem byłaby to dzisiaj wielka atrakcja tej miejscowości.
To obrazy tej nieistniejącej już koziegłowskiej warowni, w różnych zresztą ujęciach spotkamy w wspomnianej galerii. Godne uwagi są również obrazy przedstawiające tutejszy kościół parafialny p.w. św. Marii Magdaleny czy kościół p.w. św. Barbary. Do ciekawej historii tych obiektów wrócę jednak w kolejnych odcinkach.
Osobiście jestem jednak pod urokiem obrazu prezentującego zabytkową kamieniczkę przy wschodniej pierzei rynku . Ukazuje on przepiękny kamienny obiekt, popadający już dzisiaj w ruinę. Idealne wprost miejsce na galerię z prawdziwego zdarzenia. W dzisiejszej brakuje już bowiem miejsca na nowe obrazy. Wprawdzie rynkowy obiekt jest w rękach dawnych spadkobierców bodajże rodziny Rutkiewiczów, ale może zainteresuje miejscowe władze. Pisałem o tym więcej w pierwszym odcinku.
Może więc zamiast przymierzać się do kosztownej zapewne odbudowy pałacu biskupiego / za odbudowę którego trzymam zresztą mocno kciuki / lepiej w pierwszej kolejności odkupić i wyremontować wspomniany obiekt. W tej chwili to jedyny prawdziwy jeszcze zabytek na koziegłowskim rynku. Wiele wydaje się dzisiaj na odbudowę rynku. Zakup i odnowa jednego domu nie stanowi już zapewne takiego problemu, może wystarczy tylko chcieć. Ratujmy więc obiekt póki jeszcze stoi. Byłby wtedy prawdziwą wizytówką odnowionego rynku.. Kiedyś istniał w rynku jeszcze jeden zabytkowy ale już drewniany obiekt sąsiadujący z tym domem, ale zniknął niepostrzeżenie na naszych wprost oczach. To do niego biegałem w dzieciństwie po żurek. Zniknął szybko mimo, że przedstawiał wielką wartość architektoniczną.
Pracownię i samą galerię chętnie odwiedzają uczniowie pobliskich szkół, rzadziej mieszkańcy w myśl powiedzenia - cudze chwalimy a swoje nie znamy... . Odwiedzają również przejezdni chociaż żaden wyraźny znak do tego miejsca nie prowadzi. Tą uwagę dedykuję pod rozwagę miejscowego Ośrodka Promocji.
Szkoda też, że tutejsze władze samorządowe niezbyt czują się w roli mecenasa ludzi z taką pasją i niemałym zresztą artystycznym dorobkiem. Mam wrażenie, że promocyjny plus z istnienia tak oryginalnej galerii chętnie wpisują na swoje konto, ale... Brak jednak konkretnego wsparcia dla twórcy. A przecież farby, płótna, ramy itp. kosztują sporo. Nie wspomnę już o ufundowaniu pewnego rodzaju stypendium twórczego, zapewne istnieje taka możliwość wspierania miejscowej twórczości. Dodam tylko, że wstęp do galerii jest bezpłatny a wszystko artysta utrzymuje ze swojej skromnej emerytury.
A tymczasem zachęcam gorąco do odwiedzin. Tu zawsze na nas czekają, tu też zawsze uraczą nas niejedną barwną opowieścią. Polecam gorąco to miejsce !
JANUSZ PUSZCZEWICZ
Zakochani epileptycy czyli kilka słów o dniu św. Walentego
Polacy lubią świętować. To niejako nasza cecha narodowa, szukamy każdej okazji aby temu stało sie zadość. A zamiłowanie Polaków do obcych kulturowo świąt to już można by rzec nowa świecka tradycja Dzień św. Patryka, Halloween czy Walentynki spopularyzowane u nas przez media jakieś 15 lat temu, niejako wrosły już w nasz kalendarz obrzędowy...celebrowane są bardzo hucznie a... przeniesione do nas z Wysp Brytyjskich i Stanów Zjednoczonych. Bardzo popularne ostatnimi czasy stały sie rownież, zwlaszcza wśród studentów obchody Chińskiego Nowego Roku.
Niedługo Walentynki.....ale czy wszyscy zdajemy sobie sprawę skąd to święto się wzięło i jaka jest jego geneza????
14 lutego obchodzony jako święto zakochanych, tradycyjnie łączony był z czasem, kiedy ptaki dobierały się w pary, co było nieomylnym znakiem, że wiosna tuż, tuż. Rodowodu tego święta nalezało by szukać, aż w starożytności, jak właściwie 90% świąt obchodzonych współcześnie na całym świecie. Luty jako przednówek wiosny, od wieków był czasem poświęconym zakochanym parom i płodności. W tym okresie w starożytnych Atenach celebrowano uroczystość ku czci boskiej pary Hery i Zeusa. Oczywiście Starożytny Rzym jak to zawsze miał w zwyczaju przejął to święto od Greków i zaadoptował je do swoich potrzeb. 15 lutego w Imperium Rzymskim zaczynały się „Liperkaria” czy też „Luperkaria”- święto płodności ku czci Junony i bożka Pana. Podobno w przeddzień tego święta młodzi chłopcy wypisywali na glinianych tabliczkach imiona swych ukochanych, które wkładano do urny. Dzień później losowano imiona i na ich podstawie młodzi dobierali się w pary.. Prawdopodobnie dlatego papież Gelazy poświecił ten dzień zakochanym, a ich patronem uczynił świętego Walentego, tylko dlaczego akurat tego świętego znanego bardziej jako patron epileptyków (uzdrowił on podobno syna filozofa Kratona, chorego na epilepsję) niż zakochanych??? Teorii jest co najmniej dwie. Pierwsza z nich przyrównuje stan zakochania do objawów epilepsji i innych chorób nerwowych, gdyż zachowanie zarówno jednych jak i drugich nierzadko jest bardzo trudne do zrozumienia i zrelatywizowania dla racjonalnie myślącego człowieka. Druga teoria tyczy się osoby biskupa Walentego, który żył w III w.n.e. w Rzymie. W tym czasie panował tam cesarz Klaudiusz II, znany ze swego zamiłowania do wojaczki i podbojów. Z tego powodu wydał dekret zabraniający ślubów. Twierdził, iż żonaci mężczyźni nie chcą swojego życia poświecić dla armii. Bp Walenty udzielał nielegalnych potajemnych ślubów za co został wtrącony do więzienia i stracony. W więzieniu zaprzyjaźnił się z córka strażnika. Przed śmiercią przekazał jej list, który podpisał „od Twojego Walentego”. Ta formułka właśnie stała się kanwą na której powstał zwyczaj wysyłania kartek walentynkowych. Tradycja ta zyskała na popularności jeszcze w średniowieczu. Pierwsza zachowana walentynkowa kartka datowana jest już na XV wiek. Wysłał ją w 1415 roku Karol książę Orleanu do swej żony, gdy został uwięziony w londyńskim Tower. Pierwsze drukowane walentynki pojawiły się w XVII wieku. Na skalę masową kartki walentynkowe w XIX wieku zaczęli produkować Amerykanie. Walentynki obecnie są świętem popularnym na całym świecie, również w krajach innych niż te z europejskiego obszaru kulturowego. Walentynki biją rekordy popularności w Japonii i Tajlandii. Nie ominęły nawet Iranu od przeszło 20 lat rządzonego przez ortodoksyjnych Szyitów. Indie mimo protestów ortodoksyjnych Hindusów również, ogarnęło szaleństwo tego dnia, szczególnie mocno hinduską młodzież.
Święto Zakochanych kulturowo bardziej jest związane z tradycją anglosaską, co doskonale wkomponowuje się w mentalność tych właśnie narodów- trochę zamkniętych w sobie i lubujących się w różnorakich konwenansach, niedomówieniach subtelnościach, dwuznacznościach i niuansach.
Walentynki choć bardzo lubiane przez nas Polaków to chyba nie do końca licują z naszą słowiańską trochę inną i bardziej otwartą na ludzi i świat mentalnością. My takich konwenansów i niejasnych sytuacji (co historia od bitwy pod Grunwaldem włącznie pokazała) raczej nie lubimy, mimo iż co dziwne lubimy ten pełen dwuznaczności i niedomówień dzień. Ot taki mały historyczno- kulturowy....paradoksik.
(ZiMa)
Recenzja krytyczna wystawy prac malarskich Zdzisława Beksińskiego.
Miejska Galeria Sztuki, Częstochowa.
W moim domu jest wiele obrazów. Jednego autora. To ja sama chętnie maluję. Relaksuję się przy płótnie i sztaludze. Jednak malarstwo o jakim chciałabym napisać, to górna półka.
Ze Zdzisławem Beksińskim nie spotkałam się wcześniej. Wiedziałam kim jest, ba, widziałam kilka fotografii jego prac. Ogólnie mówiąc -miałam o nim pojęcie. Jednak nie zapomnę dnia, kiedy z czystej ciekawości udałam się do częstochowskiej MGS, gdzie znajduje się kolekcja dzieł tego awangardowego artysty, należąca do Anny i Piotra Dmochowskich z Paryża.
Pierwsze wrażenie- pamiętam dokładnie- to szok. Trudno określić jego zabarwienie. Nie wiem :pozytywny czy negatywny, zachwyt kunsztem malarstwa olejnego, pomysłem. Technicznie doszedł do perfekcji. Trupistyczna stylizacja wabi lśniącym kolorem i gładką powierzchnią obrazów. Myśli cisnęły mi się do głowy, nie potrafiłam zanalizować zamierzeń autora. Gdy ja maluję, wylewam na płótno swoje radości, nostalgie, a tu lęki, smutek, rezygnacja, przerażenie...
Te słowa zaczęły cisnąć mi się na usta. Kim był ten człowiek? Dlaczego jego twórczość przedstawia tylko śmierć , zniszczenie i nicość? Część obrazów wydaje się rysowana plątaniną kolorowych kresek z których wyłaniają się kształty postaci. Inne wykonane malarsko o tematyce iście fantastycznej, wciągające w przestrzeń. Jednak od wszystkich nie wiadomo dlaczego wieje grozą, a autor prowadzi nas przez odczucia :
samotności, śmierci, rozpaczy.
Zdzisław Beksiński urodził się w Sanoku, w 1924. Kształcił się na Wydziale Architektury Politechniki Krakowskiej. Rozpoczął jako fotografik, jednak sukcesy przyniosła mu twórczość rysunkowa i malarska, a także częściowo rzeźbiarska. Pierwszy odniósł na wystawie w 1964 w Krakowie, kiedy to sprzedał prawie wszystkie prace. Artysta realizował się też w fotografii artystycznej. Tu dorobek ukazuje go jako osobę dynamiczną, poszukującą własnego sposobu wypowiedzi, silnej ekspresji. Jednak życie go nie rozpieszczało. Zmarła mu żona, a syn popełnił samobójstwo. Może w osobistych traumatycznych przeżyciach artysty należy znaleźć zrozumienie dla jego twórczości?
To ,co obejrzałam na tej wystawie i co mogłam usłyszeć na stanowisku multimedialnym, z ust samego autora, na temat sztuki, śledzić etapy powstawania jego dzieła było dla mnie fascynujące. Ponure, ale niesamowicie interesujące. Wciągające otchłanie, wraki statków odpływające w dal, cmentarze, czaszki, kości. Dużo kości i tkanek. Nawet motywy na pierwszy rzut oka architektoniczne, czy roślinne kojarzą się za chwilę z elementami ludzkiej anatomii. Czym jest jego twórczość? Pewnie po części kontynuacją surrealizmu Salwadora Dali. Sam tego nie wiedział, ale przyznał się , że imponowało mu malarstwo Bronisława Linkego, epatujące grozą rozkładu i ukazujące ludzkość w stanie potępienia i upadku. Nie nadawał tytułów swoim obrazom, uważał je za swoją subiektywną wizję świata.
,,Wszyscy mamy problem śmierci przed oczyma. Nie jestem wyjątkiem. Osobiście bardziej boję się umierania niż samej śmierci. Nie jest to lęk przed nicością, ale przed cierpieniem i tego się chyba bardziej obawiam."(Słowa malarza)
To, co opisuję ,to zaledwie namiastka spuścizny po Beksińskim. Część jego życiorysu „ okres fantastyczny" w twórczości. I choć krytycy wypowiadają się o nim sceptycznie, pcha nas ku refleksji, zadumy nad końcem, może trochę przeraża, ale na pewno zafascynuje nie jednego odbiorcę.
Malarz zginął śmiercią tragiczną. Został zamordowany we własnym mieszkaniu. Czy to przewidział? Zapraszam do obejrzenia wystawy i wysnucia własnych refleksji na temat twórczości tego człowieka.
Agata Morawiec